Są rzeczy, które trzeba zobaczyć, by wiedzieć, że ich nie warto oglądać.

Najnowsze zdjęcia
Ankieta
Jak trafiłeś(aś) na moją stronę?
 
Mój profil na Facebooku
Statystyka
Użytkowników : 2
Artykułów : 138
Zakładki : 20
Odsłon : 345784
On line
Witrynę przegląda teraz 39 gości 
Start Relacje z wypraw Amsterdam, czyli co się robi po nurkowaniu

Amsterdam, czyli co się robi po nurkowaniu

Ocena użytkowników: / 1
SłabyŚwietny 

Na Majówkę wybraliśmy się pięcioosobową grupą nurków. Nie do Egiptu czy Tajlandi, ale do... Niemiec i Beneluksu. Naszym celem były dwa nietypowe miejsca nurkowe. Pierwsze to dawny zbiornik na gaz w Duisburgu, a drugie to najgłębszy basen w Europie czyli Centrum Nemo w Brukseli. Po nurkowaniu zafundowaliśmy sobie dwudniowy relaks w pobliskim Amsterdamie podczas Święta Królowej, największej majówkowej bibie w Europie zanurzając się w niesamowite atrakcje tego miasta.

Jedziemy tam na własną rękę moim voyagerem.  Zabieramy ze sobą trochę prowiantu i sprzęt nurkowy. Wyjeżdżamy wieczorem i planujemy dojechać do Duisburga nad ranem, więc czeka nas nocna jazda. Nie przepadam za tym, a dodatkowo szykuje nam się pierwsze nurkowanie w nieznanym zbiorniku po męczącej drodze przez noc. Na szczęście przejażdżka po niemieckich autostradach to sama przyjemność, więc po ok. 12 godzinach docieramy do Duisburga.

Liczyłem, że być może uda nam się dotrzeć jeszcze przed świtem bo stare obiekty poprzemysłowe są pięknie oświetlone i stanowią doskonałą scenerią na nocną sesję fotograficzną, ale jednak musieliśmy sobie po drodze zrobić ok. 2 godzinną drzemkę na zregenerowanie sił.

Landschaftspark w Duisburgu to nie tylko obiekty poprzemysłowe, ale także  ciekawe miejsce do nurkowania w dawnym zbiorniku na gaz ;)

Nieco zmęczeni wypożyczamy butle i balast, pobieramy sobie wózki i drałujemy pod wielką cysternę. Okazuje się, że wejście jest od góry, ale na szczęście jest mała wciągarka na wózek ze sprzętem. My musimy wchodzić po drabinkach. Woda jest ciemna i zimna. Czeka nas ciekawe doświadczenie. Wewnątrz zbiornik jest kolorowo podświetlony, ale pod wodą jest mroczno i bez latarek ani rusz.

Zatopiono tam mały samolot, vana, śrobę okrętową, rury i parę innych rzeczy. Podczas nurkowania zaczepiam o coś płetwą, która mi się zsuwa. Okazuje się, że to krzyż. Świecąc dookoła dostrzegamy, że jesteśmy na...cmentarzu. Tego się nie spodziewaliśmy. Zaskakujące jak na podwodne atrakcje. Mimo zimnej wody i słabej przejrzystości to było niezwykłe nurkowanie w niezwykłym miejscu.

Pakujemy sprzęt i wyruszamy dalej w drogę grubo po południu. Dalsza jazda do Brukseli to raczej stanie w korkach na autostradzie...Czyżby jeszcze jakieś większe grupki zmierzały do Amsterdamu na królewską bibę?

Naszym celem w Brukseli tym razem nie jest samo miasto, ale najgłębszy na świecie basen Nemo, gdzie zamierzamy zejść pod wodę na 33 metry ;)

Wieczorem zaglądamy oczywiście do pubu na dobre belgijskie piwo, trochę spacerujemy wokół budynków Parlamentu Europejskiego i udajemy sie na zasłużony nocleg w łóżku hotelowym, a nie na siedzeniu w aucie jak poprzedniej nocy. Jutro nurkowanie w Nemo i przejazd do Amsterdamu, a jak starczy czasu być możemy wpadniemy też do Waterloo.

Centrum Nurkowe Nemo to świetne miejsce na trening nurkowy i zajęcia w ramach kursów nurkowych. My jesteśmy tu dla samej przyjemności, choć każde nurkowanie to praktyka, która czegoś nas uczy. Schodząc coraz głębiej w sztucznym kominie wydrążonym w ziemi czujemy niezłą frajdę, zwłaszcza zerkając co jakiś czas w górę, gdzie ponad naszymi głowami kumulują się bomble powietrza stwarzając niezapomniany widok.

Co ciekawe, aby tu zanurkować nie trzeba, a nawet nie można mieć własnego sprzętu, gdyż woda podobno nie jest chlorowana i ze względów higienicznych nurkuje się z wydawanym sprzętem gwarantującym czystość i świeżość wody.

Woda jest przeczysta, jednak ma delikatny zapaszek chemikaliów, może to nie chlor, ale z pewnością nie pachnie i smakuje jak źródlana.

Generalnie to było bardzo przyjemne nurkowanie w komfortowych warunkach, kompletny kontrast w stosunku do wczorajszego w Duisburgu. I o to chodzi...

Jedziemy dalej. Po dwóch nurkowaniach w Duisburgu i Brukseli czas na relaks w stolicy Holandii. Trafiliśmy akurat na dzień po Święcie Królowej, na ulicach było pełno dochodzących do siebie ludzi, w powietrzu czuliśmy zapach gandzi, a w Czerwonej Dzielnicy impreza trwała nadal na całego...

Poszwędaliśmy się sporo po mieście. Zajrzeliśmy na pchli targ oraz na pasaż kwiatowy. Kupiliśmy sobie cebulki tulipanów i najróżniejsze, rzadko u nas spotykane szczepki roślin ogrodowych. Holandia słynie przecież z ogrodnictwa. Udaliśmy się też na przejażdżkę stateczkiem po kanałach, ale w wodzie było sporo śmieci i nawet opowieści przewodnika o tym jak drogie są niektóre barki mieszkalne, nikt z nas raczej nie chciałby mieszkać w takim miejscu.

Naszą uwagę zwróciły publiczne, całkiem otwarte toalety. W Chinach podobno klozety też nie są zamykane, ale tutaj nas to trochę zaskoczyło. Nie udało nam się za to kupić popularnego tu śledzia, bo wszystkie budki były zamknięte, podobno wszystkie ryby zostały zjedzone podczas majowych uroczystości, Spóźniliśmy się o jeden dzień.

Nasza polska znajoma, mieszkająca tu od kilkunastu lat, oprowadzając nas po mieście dużo nam opowiadała o Holendrach. Podobało mi się zwłaszcza to co już wcześniej zauważyłem w krajach skandynawskich, że nie ma tu niezdrowego wyścigu szczurów. Chyba ważniejsze tutaj jest to kim jesteś, niż co masz. Ważne jest dążenie do realizacji swoich planów życiowych, ale istotne jest to jak je osiągasz. Dla wielu naszych rodaków liczy się chyba wciąż tylko to by coś mieć, bez względu na sposób jego zdobycia. Dużo rzeczy robi się też na pokaz, co w Holandii jest raczej niestosowne.

Nie ma w tym nic dziwnego, że powiedzmy dyrektor banku jeździ starym golfem, którego lubi. Nie musi mieć nowego mercedesa, nikogo to zresztą tak bardzo nie obchodzi. Może bardziej poza miastem, jest jakaś rywalizacja. Poznali też już trochę licznie przyjeżdżających tu do pracy Polaków. Holendrzy powiadają, że jak jeden ich gospodarz ma dwie krowy to drugi też chce mieć dwie, albo nawet trzy. Natomiast gdy polski gospodarz ma dwie krowy to jego sąsiad, który ma jedną, modli się by tamtemu te krowy zdechły. Coś w tym niestety jest ;(

Dla poprawy nastrojów, wieczorem zajrzeliśmy obowiązkowo do jednego z popularnych tu coffee shopów i odwiedziliśmy Muzeum Erotyki z ciekawą kolekcją najróżniejszych, wymyślnych gadżetów ;)

Wracaliśmy zmęczeni do Polski przez 14 godzin, w upale, ale w kraju zastała nas... zima (?). Jak na maj widok śniegu tuż po przekroczeniu niemieckiej granicy zdecydowanie nas zaskoczył. Ach te powroty.